Rzadko zabieram głos w sposób jednoznacznie polityczny. Jednak dziś wypowiadam się nie tylko jako senator i przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Współpracy Edukacji Samorządowej i Niesamorządowej, ale również jako nauczyciel, była dyrektor szkoły, wiceprezydent Olsztyna odpowiedzialna za edukację, członek senackiej Komisji Edukacji i mama.
Z perspektywy, praktyka i samorządowca, nie mogę przejść obojętnie wobec słów, które padły podczas posiedzenia Podkomisji stałej ds. Rodziny (PSR) w Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, którego tematem były m.in. kwestie związane ze skutkami likwidacji placówek edukacyjnych, w tym wpływu tych decyzji na dzieci, rodziny, kadrę pedagogiczną oraz funkcjonowanie lokalnych społeczności w m.st.#Warszawa i innych miastach Polski.
W trakcie tak odpowiedzialnej debaty padły słowa określające tzw. „edukację prywatną” mianem „nowotworu prywaty”, w który „pakowane” są pieniądze – wypowiedziane przez pana Adrian Zandberg Przewodniczącego Partii Razem.
W polskim porządku prawnym nie funkcjonuje kategoria „edukacji prywatnej” jako pojęcie systemowe. Ustawa rozróżnia szkoły publiczne i niepubliczne, a organem prowadzącym mogą być zarówno jednostki samorządu terytorialnego, jak i inne podmioty m.in. fundacje, stowarzyszenia, osoby fizyczne, prawne czy organizacje społeczne. Uproszczone, publicystyczne etykiety wprowadzają zamęt i świadczą o braku precyzji w posługiwaniu się podstawowymi pojęciami prawa oświatowego.
W Polsce funkcjonują tysiące placówek niesamorządowych. Uczą się w nich setki tysięcy dzieci. Pracują tam nauczyciele i dyrektorzy ponoszący taką samą odpowiedzialność za realizację podstawy programowej i jakość kształcenia. A system i struktura edukacji budowane były przez lata, zmiany nie wynikały wyłącznie z konieczności „upychania dzieciaków kolanem”, jak wyraził się pan Adrian Zandberg, ale i z wielu innych powodów. Samorządy – także niektóre duże miasta – niejednokrotnie traktują placówki niesamorządowe jako realne wsparcie systemu w swojej społeczności w obliczu wyzwań demograficznych i organizacyjnych.
Sprowadzanie całego, złożonego systemu do obraźliwej metafory nie służy ani debacie publicznej, ani jakości edukacji i jest zwykłym populizmem. Taka retoryka godzi też w nauczycieli, specjalistów, rodziców i dzieci korzystających z edukacji niesamorządowej.
Trudno zrozumieć tak radykalne potępienie całego „tego” segmentu edukacji, skoro dla wielu osób, także ze świata polityki, był on naturalnym i wartościowym etapem rozwoju
.
Szczególnie poruszające jest użycie słowa „nowotwór”. To określenie, które dla wielu rodzin w Polsce wiąże się z osobistą tragedią, walką o życie i cierpieniem. W przestrzeni publicznej powinniśmy ważyć słowa, zwłaszcza gdy dotykają one tematów tak wrażliwych społecznie.
Można i należy dyskutować o finansowaniu, organizacji sieci szkół czy modelu współpracy samorządów z innymi podmiotami prowadzącymi placówki. Ale ta dyskusja powinna być oparta na faktach, znajomości systemu i wzajemnym szacunku.
Zgadzam się ze stwierdzeniami rodziców, które padły podczas debaty podczas podkomisji, że demografia nie musi oznaczać tsunami i katastrofy, a szanse na pozytywne zmiany.
Polska szkoła potrzebuje odpowiedzialności, wiedzy i partnerstwa. Nie populistycznych uproszczeń i retoryki, które różnicują społeczeństwo zamiast budować rozwiązania, możliwe do wdrożenia.
Jako przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Współpracy Edukacji Samorządowej i Niesamorządowej będę konsekwentnie stać na straży dialogu i współpracy – w interesie dzieci, rodziców, nauczycieli i lokalnych wspólnot, bez względu na to, czy korzystamy z takiej czy innej formy edukacji.
I jeszcze jedno. Wszystko możemy ubrać w ustawy, rozporządzenia i procedury. Ale one będą niczym, jeśli po drugiej stronie nie będzie człowieka – partnera do rozmowy, gotowego słuchać i brać współodpowiedzialność. I tu nie ma znaczenia, kto jest z jakiej partii.
Dzieci nie są narzędziem w sporze, a rodzice i nauczyciele nie powinni stawać się argumentem w partyjnej dyskusji. Próba budowania politycznego kapitału na emocjach i niepewności wokół spraw edukacyjnych nikomu nie służy – najmniej tym, których te decyzje dotyczą najbardziej.
Zamiast szukać winnych i podkreślać, kto jest „czyj”, powinniśmy skupić się na współpracy. Bo tylko rozmowa i realne partnerstwo – ponad podziałami – mogą przynieść rozwiązania, których oczekują dzieci, rodzice i całe środowisko edukacyjne.
Nie rozstrzygam, czy procedury likwidacyjne i decyzje podejmowane przez samorządy są prowadzone w sposób właściwy — nie jestem bezpośrednim świadkiem przebiegu tych procesów. Wiem jednak jedno: w sprawach tak wrażliwych potrzeba przede wszystkim wzajemnego szacunku.
Dlatego apeluję do wszystkich stron sporów o uważność, o gotowość do wysłuchania argumentów drugiej strony i o rozmowę prowadzoną w duchu odpowiedzialności. Bo tylko wtedy, gdy naprawdę zaczniemy siebie słuchać, możemy znaleźć rozwiązania dobre dla dzieci, rodziców i całej społeczności edukacyjnej.
W centrum zawsze powinno być dobro dziecka i ucznia.

