Prezydenckie weto pokazuje, że w tej sprawie zwyciężyła wizja państwa, które dostrzega tylko część swoich obywateli, zamiast szukać rozwiązań dla wszystkich.
Prezydent uzasadnia swoją decyzję troską o poczucie sprawiedliwości wobec osób żyjących w małżeństwie i stwierdzeniem, że ustawa tworzy „quasi-małżeństwo”.
Ale czy bezpieczeństwo jednych odbiera coś drugim?
Czy małżeństwo staje się mniej ważne dlatego, że ktoś może uzyskać informację o stanie zdrowia swojego partnera? Czy rodzina traci, gdy inna osoba nie zostaje sama z problemami po śmierci ukochanej osoby?
Warto spojrzeć na fakty.
Ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu:
nie wprowadzała małżeństw jednopłciowych,
nie zmieniała definicji małżeństwa w Konstytucji,
nie przewidywała adopcji dzieci,
nie dawała możliwości zmiany nazwiska,
nie wprowadzała ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego,
nie zrównywała tej instytucji z małżeństwem.
Dawała natomiast podstawową ochronę w codziennych, często bardzo trudnych sytuacjach:
prawo do informacji medycznej,
ochronę po śmierci partnera lub partnerki,
możliwość uregulowania spraw majątkowych i spadkowych,
prawo do decydowania o pochówku,
bezpieczeństwo prawne dla osób, które od lat żyją razem, opiekują się sobą i ponoszą za siebie odpowiedzialność.
Szanuję prawo Prezydenta do weta. Ale w orędziu i uzasadnieniu tej decyzji nie usłyszeliśmy, które konkretne przepisy ustawy miałyby naruszać szczególną ochronę małżeństwa.
Ja te konkrety wskazuję.
Bo debata o prawach obywateli powinna opierać się na faktach, a nie na ogólnych stwierdzeniach i obawach. Państwo może chronić małżeństwo i jednocześnie nie odwracać się od innych swoich obywateli.

